Dedykacja
Tę książkę dedykuję. Tym, którzy czekali na Karmę Clutch. W Polsce temat był głośny. Niektórzy mówili: najlepszy startup Doliny Krzemowej, tylko że z naszej strony oceanu. Długo nad tym siedziałem. Potem padło. Zostało pytanie, jak było naprawdę. Ta książka jest odpowiedzią. Karma Clutch nie skończyła się z tą książką. Na końcu jest adres. Tym, którzy interesowali się Uboat Line. Ta nazwa była prawdziwa. Pewnie i tak wiedzieli: ryzyko wielkie, ale i stopa zwrotu wielka, i szybka. Niestety Uboat wypłynął na powierzchnię. Wszystkie brudy wychodziły na jaw jak szczury z rozbitego statku. Moje błędy były ubezpieczone. Mam nadzieję, że de facto nikt na tym nie stracił. Tu jest, jak było — nie jak pisały fora. Dzieciom. Żeby wiedziały, jak było z browarem — i żeby poznały historię tatusia, którego nie ma w domu, ale jeszcze żyje. Nie z gazety. Nie z zdań, które ktoś im wkładał do głowy, aż stały się prawdą. Z tej strony stołu. Jeśli kiedyś pomyślicie, że zniknąłem — nie zniknąłem. Jeździłem. Źle. Za daleko. Ta książka jest dłuższym telefonem, na który wcześniej nie umiałem czekać. Nie proszę o przebaczenie z kartki. Zostawiam wam, jak było. Reszta — jak zawsze — należy do was. Rodzicom. Bez nich nie byłoby motorynki ani tej kartki. Matkom moich dzieci. I w ogóle wszystkim matkom. One zostają, kiedy silnik wyjeżdża. Ta książka o tym wie, nawet kiedy ja nie umiałem zostać. I tym, których interesuje coś więcej niż tylko praca. Jest jeszcze bogactwo wewnętrzne. Da się je rozwijać. Tego nikt nie zabierze. I tylko to można zabrać ze sobą, kiedy silnik stanie. I sobie. Na pięćdziesiąte urodziny. Dziękuję sobie, że idę przez życie z uśmiechem. Nie do końca na poważnie. I że nie dałem się zwariować. Prezent, którego nie wziąłem na raty i nie musiałem nikomu udowadniać. Reszta tej książki jedzie do was. Ta strona — do mnie. Żebym pamiętał, że dojechałem.

